Skończyłam filologię angielską na Uniwersytecie Wrocławskim. Było to dość dawno temu, więc w zasadzie mogę chyba podpiąć się pod tzw. "stare dobre czasy".  Dodatkowo jestem jednym z tych dinozaurów, którzy kończyli studia dzienne, na państwowej uczelni.

 

Z hiszpańskim było trochę inaczej. Zwykle na pytanie gdzie się go nauczyłam odpowiadam, że głównie w domu, trochę w tramwaju, autobusie, czytelni, itp. W Hiszpanii też byłam. Naturalnie. Ale pojechałam tam znając już język. Nauczyłam się hiszpańskiego zupełnie sama dochodząc do poziomu C2, na którym to poziomie zdałam egzamin DELE. Jak mi się to udało? Nie, nie jestem genialna. Nawet nie mam zdolności językowych. Nie miałam męża Hiszpana. Mieszkałam we Wrocławiu. Więc jak to się stało? Po prostu postanowiłam, że się nauczę.

 

Oznacza to tyle, że owszem jestem uparta i pracowita oraz, że to jest możliwe. Można nauczyć się języka obcego.

 

Języki obce to nie całe moje życie. Przez wiele lat byłam też związana zawodowo z tańcem, ale to już zupełnie inna bajka, o której możesz przeczytać tutaj.

 

 

Moja filozofia uczenia języka

 

Moja filozofia różni się zasadniczo od tego, czego doświadczyliście w szkołach. Być może nawet będąc moim studentem / studentką :), bo pracowałam w różnych miejscach i też musiałam dopasować się do obowiązujących wymogów.

 

Dlaczego zazwyczaj jesteśmy niezadowoleni z nauki w szkole?

 

No cóż. Prawda jest taka, że nikogo nie da się nauczyć języka obcego na siłę. Chyba niczego nie da się nauczyć na siłę, ale nie wypowiadam się, bo nie wiem. Uczenie się języka obcego, w moim przypadku języka angielskiego i hiszpańskiego, jest raczej rodzajem trningu, tak jakbyśmy uczyli się grać na fortepianie. O tym dlaczego tak sądzę – później. Ważne natomiast, że nikt nie nauczy nikogo mówić jeśli ten ktoś tego nie chce. Tymczasem uczniowie w szkołach państwowych często nie chcą, lub co najwyżej nie mają nic przeciwko by ktoś ich nauczył. Ewentualnie i od biedy. Czasem słyszę jak to w szkole pracują najsłabsi nauczyciele i to niby jest powód, że uczniowie po jej ukończeniu zwykle nie mówią ani po angielsku ani po hiszpańsku, ani tym bardziej po niemiecku. Tymczasem po godzinach to właśnie ci sami nauczyciele pracują w szkołach językowych, gdzie otoczeni wpatrzonymi w nich kursanami prowadzą kursy angielskiego czy hiszpańskiego i z powodzeniem przygotowują uczniów do egzaminów i do skutecznej komunikacji w języku obcym. Zagwozdka. Myślę, że zostawmy temat szkół. Może kiedyś napiszę coś o tym na blogu. Tymczasem pozostańmy przy tym, że języka obcego nauczyć się można. Pod warunkiem, że się chce. O tym jak ważne jest to, aby samemu / samej chciec się nauczyć mówią wszyscy poligloci (czyli elita wśród językowców), a wśród nich m.in. Lydia Machova, która na konferencji poliglotów poświęciła temu całe swoje wystąpienie. (Można je obejrzeć w internecie pod adresem XYZ).

 

Tak samo czy inaczej? No i te czasy!!!

Ha, ha, ha. Zwykle pierwszym językiem obcym, jakiego się uczymy jest język angielski. A tam...? Niczym "levele" w grze komputerowej: "Przerobiłam pięć czasów", "Koleżanka jest już na Present Perfect. Szacun". Chapeou bas! Ha, ha, ha. A potem pytania do mnie: a do matury to ile czasów trzeba znać? A z języka hiszpańskiego to po roku ile bedę znać czasów. Toż te czasy stały się takimi wyznacznikami, punktami orientacyjnymi, a właściwie dezorientacyjnymi. A jeszcze trzeba dodać, że w języku hiszpańskim czasy funkcjonują zupłenie inaczej.

A da się nie znać żadnego czasu i mówić komunikatywnie?

Da się

A da się znać wszystkie czasy / 10 czasów / wpisz dowolną liczbę, która zrobi na Tobie wrażenie

i dalej nie umieć się dogadać?

Da się.

 

Pierwszym językiem obcym, którego zaczynamy się uczyć, zwykle jest języ angielski. No i zaczyna się. "Ile czasów już znasz?", "Ja już jestem na Past Perfect", "A do matury to ile trzeba znać czasów?", "A na anglistykę?", "A na iberystyce to ile czasów na rok?", "A żeby zapytać na ulicy o godzinę?". "A żeby pogłaskać kota to ile tych czasów?". Obsesja czasów. Niczym "levele" w grze komputerowej, które stają się punktami orientacyjnymi na drodze nauki języka. Tyle, że są to raczej punkty dezorientacyjne. Kolejny temat do omówienia na blogu. Na razie musicie mi uwierzyć. A żeby stać się bardziej wiarygodną zadam Wam parę pytań:

A da się nie znać żadnego czasu gramatycznego i mówić komunikatywnie?

Da się

A da się znać wszystkie czasy ( 10 czasów / wpisz dowolną liczbę, która zrobi na Tobie wrażenie)

i dalej nie umieć się dogadać?

Da się.

Tymczasem w szkole (w szkołach językowych często też, choć tam jest już większa swoboda) idzie się po kolei z materiałem gramatycznym. Przerabia się czasy. A najgorszy strach to chyba ten, że kiedyś te czasy się skończą, w sensie że przerobimy wszystkie, i wtedy – o nie! - trzeba będzie zacząć mówić! To może lepiej powtórzmy któryś czas. :))))

 


Pliki cookie ułatwiają świadczenie naszych usług. Korzystając z naszych usług, zgadzasz się, że używamy plików cookie.
Ok